PISZĘ

Na pewno zabrzmi to banalnie i doskonale zdaję sobie z tego sprawę – (tak jak i z tego, że zaczęłam ten wpis od wyrazu, którego nie znoszę, bo mam zakodowane gdzieś z tyłu głowy, że na pewno lepiej wyglądałoby pisane jako napewno) – piszę odkąd pamiętam. Już jako niepiśmienne dziecko „wydawałam” własnoręcznie robione gazetki, w których na każdej stronie znajdowały się artykuły złożone z  jedynej litery, którą umiałam, wtedy napisać – o – powtarzającej się niezliczoną ilość razy. Jakiś czas później zafascynowana nieprzerwaną lekturą Asterixa i Tytusa zaczęłam rysować własne komiksy, do czego wróciłam po wielu minionych latach. (Co z tego wyszło i nadal wychodzi możecie zobaczyć o tutaj) Po erze kilku pamiętników, które do tej pory trzymam gdzieś w odmętach kartonów skrywających mój życiowy dorobek, corocznych listach do świętego Mikołaja, kartotek bibliotecznych i wezwań do zapłaty podczas zabaw w Bibliotekę –  nadszedł Złoty Wiek Internetu. Dosyć wcześnie odkryłam, że dzielenie się z ludźmi tym, co wcześniej się napisało niesie za sobą pewną dozę nieokreślonej ekscytacji, której nie da się porównać z żadną inną formą publicznego uzewnętrzniania się – bo pisanie, to odkrywanie siebie wobec początkowo wyimaginowanego, a potem całkiem realnego,  odbiorcy z krwi i kości – którego często sam autor nawet powierzchownie nie pozna. A czytelnik zna autora na wylot, choćby ten próbował zręcznie ukryć się za zmyślonym tworem, jakim jest podmiot liryczny, główny bohater powieści, czy przez próbę zdystansowania się od tego, co właśnie się napisało jakimś wyświechtanym frazesem typu Tekst przedstawia obiektywne fakty, nie miał na celu nikogo urazić, wszelka zbieżność osób i nazwisk jest przypadkowa. Wszelka zbieżność poglądów i myśli z autorem jest przypadkowa. Nie. Nie jest i być nie może. U mnie nie będzie. Zawsze piszę o tym, co akurat zaprząta mi myśli i w sposób mniej lub bardziej dosadny dzielę się tutaj swoim zdaniem. Czasem jestem otwarta na przyjrzenie się poglądom skrajnie różnym od moich, a czasem daną sprawę mam przemyślaną na wylot do tego stopnia, że ani mi to w głowie. Różnie to z tym jest.

Właśnie próbuję bezskutecznie znaleźć sposób na stworzenie akapitowego wcięcia we wpisie na WordPressie. Zostawmy w tyle tę małą dygresję i wróćmy do logicznego ciągu historii, którą przecież zaczęłam opowiadać w poprzednim akapicie. W swoim nastoletnim życiu odkryłam już popularną wówczas platformę – photobloga i do tej pory wstydzę się większości wpisów, które tam opublikowałam, ale chyba właśnie wtedy przyzwyczaiłam się do tego, że stukanie w klawiaturę połączone z mniej lub bardziej zaawansowanym procesem myślowym to element mojej codzienności. Później miałam już swoją stronę na blogspocie i to chyba ze dwie anonimowe, zanim pojawiła się moja poprzednia strona, która formę też przybierała niejedną – początkowo nosiła jakże wdzięczną nazwę – stelciak.blogspot.com, potem wykupiłam domenę z moim nazwiskiem, ale po czasie doszłam do wniosku, że dodawanie mojego niecodziennego imienia do adresu url może być dosyć ryzykownym posunięciem. Wiele osób ma po prostu problem z zapamiętaniem, jak się nazywam. Ciekawostka: Obecnie na witrynie stella-kostyla,pl jest blog, który rozprawia na przykład o wyborze sportowych butów albo zaletach solarium. Jeśli jest to zwyczajny chwyt marketingowy mający zmusić mnie do odkupienia mojej domeny, to jest nieziemsko nietrafiony, bo ta tematyka jest mi tak bardzo obca, że uważam sam fakt istnienia tego bloga za całkiem niezły żart. Jeśli kogoś interesuje przez jakie formy przeszedł mój poprzedni wytwór internetowy – zapraszam tutaj. Jedne z ostatnich lepszych tekstów o większej wartości merytorycznej w mojej małej karierze napisałam dla Suplementu – magazynu studenckiego. Bardzo dobrze wspominam tę współpracę i mam nadzieję, że kiedyś jeszcze jakiś mój tekst ukaże się w druku, bo jest to kolejny stopień wtajemniczenia w pisarskiej ekscytacji. Teraz jestem tu i chcę pisać. I będę pisała. Obiecuję.


Jak być na bieżąco z moim pisaniem?

Jeśli chodzi o same kwestie praktyczne – pewnie zauważyliście, że mój nowy blog jest podzielony na trzy różne kategorie. Staram się dołożyć wszelkich starań, aby każda z nich była odcięta grubą kreską od pozostałych dwóch, oczywiście z małymi wyjątkami, czasem temat sprawia, że dwie dziedziny moich zainteresowań się zazębiają. Jeśli jesteś na tej stronie tylko dlatego, że lubisz czytać to, co napisałam – nowe posty pojawiają się normalnie na stronie głównej, a dodatkowo każdy z nich udostępniam na mojej stronie na Facebooku. Jeśli chcesz mieć podwójną pewność, że nic Ci nie ucieknie – możesz zaobserwować mnie na moim prywatnym koncie na Instagramie, gdzie planuję też wrzucać informacje o nowych postach na MyStory. Co do dodatkowych informacji wiążących się z dwoma pozostałymi gałęziami mojej działalności – na Facebooku jedynie co 2-4 tygodnie będzie pojawiał się post z podsumowaniem moich kulinarnych dokonań w minionym czasie, bo w tej branży działam głównie na specjalnym instagramowym koncie. Nie jestem w stanie dokładnie określić, jak często będę wstawiała tam swoje prace plastyczne, ale patrząc na moje tempo, to na pewno jeszcze rzadziej niż dobre jedzonko. Jedyne, co dodaję tam częściej to komiksy, ale podejrzewam, że pewnie nawet ich nie zauważysz wśród memowego gąszczu w Twoich aktualnościach. Mam nadzieję, że zaakceptujesz to, że połączyłam tutaj wszystko, co lubię robić. Przez moment obawiałam się, czy nie stałam się przez to blogerką lifestylową, ale nie mogę nią być, bo dalej nie do końca rozumiem, co znaczy ten termin. Dziękuję za czas!