Każdy lubi rzucić mięsem.

Nie do końca wiem, o czym będzie ten artykuł. Tematem, który docelowo wybrałam miała być historia wulgaryzmów w polskiej poezji. Odnalazłam tytuły książek, które mogłabym przeczytać, żeby napakować ten tekst faktami, nazwiskami nieznanych poetów-buntowników, tomikami odkopanymi w archiwach okolicznych bibliotek. Niestety, kilka dni temu zdałam sobie sprawę z tego, że zbieram się tak długo do napisania tego artykułu wcale nie dlatego, że mam mniej czasu niż zawsze.
Mój organizm protestował przeciwko stworzeniu czegoś całkowicie oderwanego od współczesnego świata, który przymusowo stał się obiektem moich codziennych obserwacji. Nie dowiesz się, kto jako pierwszy w swoim wierszu przemycił brzydkie słowo. Nie będzie tu żadnej historii.  Poezja będzie – ta, którą lubię. Poza tym trochę ponarzekam. Poetów też nie oszczędzam.
Jak mogliście zauważyć, piszę dla gazety studenckiej. Trzymając się prawidłowego toku rozumowania łatwo domyślić się, że nie mam pozwolenia na cytowanie wyrazów powszechnie uważanych za nieprzyzwoite – nawet jeśli są częścią wiekopomnego wiersza. Przed rozpoczęciem dalszej części tekstu polecam uzbroić się w telefon z dostępem do internetu. Już? W takim razie możesz kontynuować.
 
Dzisiaj zerwę ze swoją wrodzoną tendencją do dostrzegania przede wszystkim przykrych mankamentów danego zagadnienia. Tym razem zacznę od tego, co mi się podoba, a dopiero na końcu będzie nieprzyjemna konkluzja. Zawsze możecie przeczytać jedynie pierwszą stronę.

I ty, cenzorze, co za wiersz ten zapewne skażesz mnie na ciupę…

Chciałam zacząć od czegoś w stylu Niesamowite! Nigdy nie zgadlibyście, jakie wiersze znajdują się w dorobku Tuwima obok Rzepki i Lokomotywy! Niestety przypomniało mi się, że w internecie krąży już cała masa obrazków związanych z drugim obliczem Juliana Tuwima. Generalnie postać tego „autora wierszyków dla dzieci” wydaje się taka niewinna tylko do pierwszej styczności z Do krytyków, a konkretniej z fragmentem: Wesoło w czubie i w piętach, / A najweselej na skrętach! Wiersz znajduje się nawet w licealnej podstawie programowej, więc jeśli już miała zapalić się u Ciebie lampka zachęcająca do zanurkowania w życiorysie tego Skamandryty – to już się stało. Jeśli jakimś cudem ominął Cię okres wchodzenia na kwejka, przykro mi, że udało mi się zniszczyć Ci dzieciństwo. Wiersz, który chyba już zawsze będzie dla mnie najlepszym przykładem użycia uzasadnionego wulgaryzmu to Całujcie mnie wszyscy w dupę. (Polecam znaleźć śpiewaną interpretację połączoną z teledyskiem zrealizowaną przez aktorów warszawskiego Teatru Roma).  Co prawda, ciężko uznać utwór za wulgarny czy obsceniczny, gdyż zawartość i intensywność negatywnego nacechowania wulgaryzmów zawartych w wierszu wypada dość blado w porównaniu chociażby do polskiej rap sceny, jednak nie można zaprzeczyć, że mamy tu do czynienia ze swoistym międzywojennym dissem. Tuwim osiągnął w swojej sztuce takie mistrzostwo, że udało mu się zrównać z ziemią wszystkich na raz. Autor zbudował kompozycję wiersza opartą na użyciu tego dosyć prymitywnego sformułowania i zrobił to dobrze. Czytelnik czuje, że tekst jest spójną całością. Dupa i inny brzydki wyraz użyty w jednej ze strof nie sprawiają wrażenia sztucznie doklejonych. Sposób wyrażania wynika z podjętego tematu, a komu jak komu, ale Tuwimowi udało się udowodnić, że umie płynnie poruszać się między dziecięcą rymowanką a sytuacją liryczną opisującą nic innego jak dziką orgię. Wpisz w wyszukiwarkę Wiosna.

Najmilszy jest mi pierwotniak pantofelek

Pominę  milczeniem autorów pachnących buntem i tajemnicą, bo ogranicza mnie limit znaków. Nie umiem jednak powstrzymać się od wzmianki o Pantofelku Andrzeja Bursy, który cytowałam już nawet w jednym artykule. Dzieci są milsze od dorosłych / Zwierzęta są milsze od dzieci. Poeta zaczyna niepozornie. Chowa się za prostą konstrukcją, kierując nasze myśli w stronę niewinnych dzieci i słodkich zwierzątek tylko po to, aby ostatnim dwuwersem brutalnie zepchnąć odbiorcę z wyimaginowanej waniliowej chmurki. Wulgaryzm będący ostatnim wyrazem utworu spełnia swoją, ściśle sprecyzowaną, funkcję. Bez niego nie byłoby wiersza.

Tak się czasami zdarza, że jestem w nastroju nieprzysiadalnym

Zostawmy teraz martwych poetów, zajmijmy się tymi, którzy jeszcze coś tworzą. W ten sposób może uda mi się zrobić w końcu choć malutki krok w stronę konkretnych rozważań związanych z obecnością wulgaryzmów właśnie w poezji współczesnej. Zacznę od poety, którego naprawdę bardzo lubię. Marcin Świetlicki. Postać budzi dość jednoznaczne skojarzenia, być może ze względu na charakterystyczną otoczkę towarzyszącą koncertom Świetlików. Gromada smutnych ludzi w czarnych ciuchach bujających się anemicznie w rytm coraz to smutniejszych wierszy. Świetlicki w ciemnych okularach siedzi na wysokim stołku. Nie wiadomo co pochłania go bardziej – deklamacja swoich tekstów czy produkcja dymu, który przed upływem połowy występu wypełni całą salę. Co ciekawe – poezja Świetlickiego wcale nie zawiera dużej ilości przekleństw.  Podejrzewam, że Czesław Miłosz w swojej twórczości użył więcej wulgaryzmów niż ja. Osobiście użyłem ich tylko kilka razy, ale były chyba użyte trafnie i postawione w odpowiednim miejscu, skoro ludzie tak to zapamiętali.  – mówi Świetlicki w jednym z wywiadów. Rzeczywiście tak jest. Wybitnie trafna samodiagnoza. Każdy, kto chociaż raz miał styczność z Nieprzysiadalnością, rozpozna utwór, kiedy znowu go usłyszy. Tak się zdarza zazwyczaj, że jestem w nastroju nieprzysiadalnym. Siedzę sam przy stoliku i nie mam ochoty dosiąść się do was choć na mnie kiwacie. Ja to… no właśnie. Jeśli wiesz, o jakim wierszu mowa – na pewno Twój mózg automatycznie podpowie Ci dalszą część kwestii wypowiedzianej szorstkim głosem autora. Znajdź tę pozycję, przesłuchaj w jakiejkolwiek wersji, a gwarantuję Ci, że „nieprzysiadalność” na stałe wkradnie się do Twojego słownika. Przesłuchaj Odciski, a gotowanie wody na kawę przestanie być trywialną, wypraną z emocji czynnością. Świetlicki wie jak robić dobrze poezję.

Przykre spotkanie z poezją, której nie warto cytować w nagłówku

Jeśli szukałeś tu jedynie impulsu, który popchnie Cię do odkrywania niegrzecznych utworów poetyckich – w tym momencie możesz skończyć czytać ten tekst. Jeśli nie widzisz sensu w uwypuklaniu wad i wyciąganiu na światło dzienne brudów odbierających przyjemność z podążania za poezją współczesną – powinieneś przestać czytać ten tekst. Jeśli czytałeś dwa moje poprzednie teksty i masz dosyć narzekania – musisz przestać czytać ten tekst. Miłego dnia.
 
Pamiętam moje pierwsze spotkanie z obszernym zbiorem wierszy różnych mniej lub bardziej znanych poetów współczesnych. W tamtym czasie moja wiedza w tym temacie ograniczała się do kilkunastu dennych utworów zawartych w niesławnej podstawie programowej i kilkudziesięciu tekstów poezji śpiewanej wyrytych na stałe w pamięci. Mogłabym przywołać tu nazwę tomiku, rok wydania i nazwiska autorów, bo książka nadal spoczywa w mojej biblioteczce, jednak ze względu na to, że znaczna część uhonorowanych drukiem poetów żyje, ma się dobrze i cierpi na popularną chorobę towarzyszącą działalności artystycznej – samouwielbienie – postaram się operować abstrakcyjnymi pojęciami o zerowej zawartości znaczeniowej. Być może to naprawdę już moment, żeby przestać czytać ten tekst.  

 

Wracam do kolejnej traumatycznej historii, która spotkała mnie przez przykry obowiązek uczestnictwa w zajęciach szkolnych. Po tomik sięgnęłam starając się odrobić zadanie domowe polegające na interpretacji dowolnego wiersza. Moje wrodzone parcie na niekonwencjonalność kazało mi szukać go właśnie tam, nie w podręczniku, czy internecie. Za ten absurdalny kaprys zapłaciłam wysoką cenę – zaczęłam interesować się poezją współczesną, a to przecież nic przyjemnego czymś się interesować. Pochłania to masę czasu – nie polecam.Nie, nie oznacza to wcale, że Tajemniczy Tomik okazał się zbiorem fantastycznych utworów poetyckich, które odmieniły mój sposób postrzegania świata. Przeciwnie – poczułam się jakby ktoś zepchnął mnie z waniliowej chmurki unoszącej się jakieś dwadzieścia metrów nad twardym i zimnym betonem. Poezja była dla mnie czymś obcym, ale z daleka wydawała mi się czymś wyjątkowym, niepoprawnie lirycznym. Otworzyłam zbiór wierszy uznanych poetów współczesnych i załamałam ręce. Nie chodzi mi o to, że pojmuję poezję w myśl romantycznej koncepcji według której autor zdaje się być natchnionym i namaszczonym wybrańcem przeznaczonym do wielkich rzeczy. Wiem, że można napisać fenomenalny wiersz inspirując się elementem wyposażenia kuchni (Miron Białoszewski – Szare eminencje zachwytu), jednak ile można czytać o tym, że podmiot liryczny ma wiecznego kaca i zdradziła go dziewczyna? 

Zresztą zagadnieniem, które chcę poruszyć, nie do końca jest tematyka, bo akurat to kryterium jest bardzo subiektywne i doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Bardziej niż na treści chcę skupić się na formie poezji współczesnej, w której dostrzegam przykrą tendencję do wulgaryzacji języka. Przypuszczam, że te niefortunne, niedoskonałe i najczęściej nieudane dążenia do zręcznego wplatania mocnego wyrazu do każdego wiersza ma ścisły związek z wszechobecnym parciem na robienie ze wszystkiego skandalu. Kontrowersja sposobem na zdobycie popularności. Moje ręce się załamują. Tytuł jednego z wierszy z tego tomiku powalił mnie na kolana i doprowadził do reakcji niedającej się bliżej zidentyfikować. Parafrazując oryginał – Sny słodkie jak męski narząd płciowy. Wiersz sam w sobie może nie jest zły, ale nazywanie czegoś w ten sposób jest dla mnie swego rodzaju samobójstwem, nożem wbitym we własne plecy. Narastająca liczba niewybrednych przekleństw sprawia, że kiedy widzę jakikolwiek wulgaryzm w liryce, zapala mi się czerwona lampka, która zmusza do przyjrzenia się krytyczniejszym okiem tekstowi, a czasem nawet całej twórczości danego autora.

Nie chcę, żebyście pomyśleli, że moim zdaniem w poezji nie ma miejsca dla kolokwializmów i nieładnych sformułowań. Jasne, że jest. W poezji jest miejsce na wszystko. Problem polega na tym, że wielu współczesnych artystów nie umie używać ich w odpowiedni sposób. Sami nie zdają sobie sprawy z tego, że ich sztuka zdaje się być wymuszona i sztuczna – po prostu przykra w odbiorze. W ramach smutnej konkluzji, którą zapowiedziałam już na początku tekstu, pozwolę sobie przytoczyć fragment wypowiedzi Marcina Świetlickiego: – Z zasady jest tak, że jak ludzie słyszą nieprzyzwoity wyraz to się głupio cieszą. […] Trzeba działać bardziej wysublimowanie. Życzę Wam i sobie, żebyśmy wszyscy skorzystali z tej rady. Jako nadawcy i jako odbiorcy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

814 komentarzy “Każdy lubi rzucić mięsem.”