Kobiety biegające z wieszakami doprowadzają mnie do szewskiej pasji.

 
Tekst powstał trzy miesiące temu.
Jeśli wszedłeś tu tylko po to, żeby przekonać się, jakie jest moje zdanie na temat aborcji – oszczędzę Ci trochę czasu i na wstępie zaznaczę, że nie jestem jej zwolenniczką. Jeśli masz ochotę na dyskusję zawierającą wszystkie argumenty, które już słyszałam, możesz sobie darować, bo temat nie porusza mnie aż tak bardzo, żebym walczyła jak lew w obronie własnego zdania. Ty masz prawo mieć swoje, ja swoje. Oboje możemy mieć w dupie opinię drugiej osoby. Chcesz coś napisać – proszę, nie bronię. Mam tylko nadzieję, że nie sprowadzę na siebie pierwszej gównoburzy w jakże dynamicznej historii mojej podziemnej strony. Długo zbierałam się do napisania tego tekstu. Nie planuję rozwodzić się w nim nad swoimi przekonaniami i motywacjami. Być może przy okazji otrę się o jakieś nieśmiałe argumenty, jednak nie czuję się na tyle obeznana w sprawach politycznych i moralnych, żeby wypowiadać się konkretnie na ten temat.

 
Od dłuższego czasu nie oglądam telewizji. Zachowując chociaż resztki umiejętności rozumowego postrzegania sytuacji, łatwo zauważyć, że wiadomości dostarczane codziennie do uszu przeciętnego Polaka są filtrowane, dobierane według ustalonego klucza, krótko mówiąc – nie od dziś media są najlepszym sposobem manipulacji. Sprawa przedstawia się w ten sposób od zawsze. Nie krytykuję tu żadnej z rządzących partii, bo wydaje mi się, że każda z nich miała podobny wpływ na przesiew informacji podawanych do wiadomości publicznej. Czasem po prostu dowiadujemy się o tym wcześniej, innym razem po kilkunastu latach od odwołania reżimu.
 
Nie oglądam telewizji, ale jak każdemu przeciętnemu młodemu człowiekowi towarzyszy mi nieustanny dostęp do internetu. (Nic w tym przyjemnego.) O całej wojnie aborcyjnej dowiedziałam się za pośrednictwem Facebooka. Spokojnie włączasz komputer. Otwierasz okno przeglądarki. Wpisujesz adres. Wprowadzasz swoje dane i hasło. Klik. Chcesz tylko sprawdzić, czy życie Twoich znajomych jest tak samo nudne jak wczoraj wieczorem – nic więcej. Nie oczekujesz – ba! nawet nie chcesz – napotykać żadnych treści, które mogłyby zburzyć monotonię Twojego przewidywalnego dnia.
 
A tu nie. A tu deszcz. Burza z piorunami. Runął na mnie grad poruszonych, rozentuzjazmowanych, zjednoczonych w jednej idei kobiet, które rozniosą sejm przy pomocy swoich drucianych wieszaków. Szczerze mówiąc w pierwszej chwili nie przyszło mi do głowy  owe zastosowanie tego przedmiotu, do którego odwołują się panie wymachujące mi im przed nosem. Musiałam trochę o tym poczytać. Wystarczył mi opis akcji Wyślij wieszak pani premier, czy coś w tym rodzaju.
 
Generalnie są dwie rzeczy, których nie lubię najbardziej ze wszystkich rzeczy, których bardzo nie lubię. (Uwierz mi – jest tego sporo.) Nie lubię kobiet i egoizmu. Sama jestem kobietą, u której nawet najbardziej lichy psycholog zdiagnozowałby osobowość narcystyczną. Bardzo niefortunne połączenie, ale może właśnie przez to, że na co dzień mam styczność z kobietą-narcyzem, tak bardzo denerwują mnie obie przypadłości.

 

Zarówno realizowane jak i planowane protesty zwolenniczek aborcji są tak nagłaśniane i promowane we wszelkiego typu mass-mediach, że w pewnym momencie zadałam sobie pytanie, czy przypadkiem nie jestem jedyną przedstawicielką płci pięknej, która nie uważa, że ograniczenie zabraniające zabójstwa dokonanego na swoim dziecku uwłacza jej godności, wolności, prawom człowieka i cholera wie, czemu jeszcze. Zazwyczaj nie mam problemów z wyrażaniem opinii odmiennej od większości społeczeństwa, jednak tym razem naprawdę zaczęłam zastanawiać się, czy coś jest ze mną nie tak.

 

Niesłusznie. Zaczęłam pytać osoby, których opinię cenię i spora część z nich podziela moje zdanie. Ale nikt o tym nie mówi, bo przecież jesteśmy w mniejszości i to niepoprawne. I przecież nikt nie chce wyjść na piętnowanego, schematycznego katola. W moim przypadku pogląd na sprawę w najmniejszym stopniu nie jest powodowany względami religijnymi. Mam w sobie nadal coś z człowieka. I szanuję życie innych ludzi. Szanuję też prawo do odmiennej opinii, więc to, że masz inne zdanie na ten temat, nie sprawia, że nagle przestanę z Tobą rozmawiać. To sprawa jak każda inna. Wolność myśli i wolność słowa. Mamy do tego prawo.
 
Zaczęłam czytać komentarze kobiet pod zdjęciami dziewuch walczących o prawa dziewuch. Wcale nie wszyscy zgadzają się z obowiązującym pro-aborcyjnym nurtem. Przeciwnicy nie umieją w wystarczający sposób manifestować swojego zdania. Albo ktoś nie chce dopuszczać do świadomości przeciętnej Grażyny istnienia odmiennych poglądów. Bo Grażyna na ogół dołącza się do stada owieczek zmierzających w jakimkolwiek kierunku, pod warunkiem że owe stado ma wystarczająco charyzmatycznego przywódcę.
 
Chciałabym powiedzieć, że jestem przekonana, że większa część zagorzałych zwolenników usuwania ciąży nigdy nie miała styczności z małym dzieckiem. Niestety z moich obserwacji wynika, że nawet kobiety mające już za sobą moment, w którym organizm aktywuje instynkt macierzyński z racji pierwszego porodu namiętnie deklarują swój udział w drucianych protestach, masowo zmieniają zdjęcia profilowe na żeński układ rozrodczy pokazujący środkowy palec… No właśnie – komu? Swojemu potencjalnemu potomkowi? Człowiekowi, który ma przed sobą perspektywę życia takiego jak Twoje? Człowiekowi, który częściowo składa się z Twojego własnego DNA?
 
Raczej nie zdziwię nikogo następnym zdaniem. Nie mam dzieci i szczerze mówiąc nie widzę też perspektyw, żebym w najbliższym czasie miała zostać czyjąś matką, ale nie należę też do osób, które kompletnie nie mają styczności z bobasami. Wciąż nie mogę się nadziwić, że te małe, nieogarniające za wiele istotki pewnego dnia staną się dorosłymi ludźmi podejmującymi własne decyzje. Jak można przekreślić im tę możliwość tylko i wyłącznie ze względu na swoje przelotne widzimisię?
 
Nie wspomniałam nic a nic o trudniejszych przypadkach. Mam na myśli sytuacje, w których dziecko może urodzić się niepełnosprawne lub ciąża spowodowana jest gwałtem. Nie zamierzam rozważać teraz, czy lepsze jest życie w nieprofesjonalnym domu opieki, czy też po prostu śmierć, bo dla mnie zawsze wygrywa życie. Wydaje mi się też, że łatwiej (chociaż na pewno też bardzo trudno) jest żyć ze świadomością, że porzuciłaś swoje dziecko niż że je zabiłaś. Bez względu na to w którym momencie przerwiesz ciążę. Każdy płód ma przed sobą perspektywę potencjalnego życia, a życie jest najważniejsze. (Jeśli chodzi o przypadki, w których zagrożone jest życie matki – o ile wiem – proponowana ustawa przewiduje możliwość aborcji. Sama podziwiam kobiety, które mimo to decydują się na nieprzerwanie ciąży, ale rozumiem też te, które wybierają swoje życie.)
 
Jeśli bardzo chcesz uniknąć posiadania potomstwa w konkretnym momencie swojego życia – jest na to jeden prosty i niezawodny sposób. Szklanka wody. Nie przed, nie po. Zamiast. Oczywiście nie jest to jedyne wyjście. Oferta środków antykoncepcyjnych jest naprawdę bogata. Ogarnij się i nie pozwól, żeby za Twoje pochopne decyzje, szybkie przyjemności i nieprzemyślane błędy zapłaciło życiem niewinne dziecko składające się w połowie z Twoich komórek rozrodczych. Praw dla ogółu nie ustawia się na podstawie wyjątków. I tyle.
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

858 komentarzy “Kobiety biegające z wieszakami doprowadzają mnie do szewskiej pasji.”