Moja pierwsza teczka

W związku z zamiłowaniem do uzewnętrzniania się połączonego z niechęcią do odpowiadania na pytania każdemu z osobna, postanowiłam napisać boleśnie prywatny post traktujący o moich planach na najbliższy rok, o tym, co mimo wielkich chęci mi nie wyszło i o tym jak przypadek czasem rządzi życiem. Poza tym są też moje prace z teczki, które parę osób też chciało zobaczyć.
Niektórzy z Was pewnie wiedzą, że swoje uczelniane podboje zaczęłam podbijając serca wykładowców na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Śląskiego. Konkretniej – studiowałam polonistykę. Skłamałam – nigdy nie widziałam żadnego wykładowcy, a stosunki z paniami profesor nie układały się najlepiej. Wytrzymałam całe pół roku, które zaliczam do dobrze spędzonego czasu. Niestety, wyliczając czas spędzony na zajęciach. Przyszła sesja  i dotarło do mnie, że trocheje i amfibrachy wcale mnie nie pociągają, a poezję najlepiej czyta się w zaciszu własnego pokoju. Sesji nie zdałam. Pewnie dlatego, że wcale do niej nie podeszłam. Lekkomyślnie przedłożyłam czas nad pieniądze i na własne życzenie pozbawiłam się studenckiej zniżki na całą zimę, wiosnę i wakacje na rzecz kilkunastu wolnych godzin, które w przypadku podejścia do sesji jednak musiałabym poświęcić na naukę. Nie róbcie tak, zniżki są fajne. Trzeba coś stracić, żeby docenić, czy jak to tam sobie piszecie pod zdjęciami.
 
Rzuciłam studia i trzeba było zacząć coś ze sobą robić, znaleźć jakiś nowy plan i punkt zaczepienia, który pozwoli wspiąć się na wyżyny ambicji jednocześnie oddalając się od perspektywy pracy w podrzędnym barze za 7,50 za godzinę. Kiedy uświadomiłam sobie, że wśród potencjalnie zakochanych we mnie mężczyzn nie ma żadnego milionera, niechętnie zaczęłam dopuszczać do siebie myśl, że zanim ostatecznie przekreślę swoje szanse na karierę nauczycielki polskiego, warto by było znaleźć jakiś plan B. Nie jestem dobra w nowych pomysłach i z reguły zachowawczo trzymam się tego, co już znam, dlatego po prostu sięgnęłam do planu A sprzed kilku lat. Wmówienie znajomym, że polonistyka mnie nie wyraża, a kariera plastyczna zapisana w genach wzywa wcale nie było takie trudne. Moi rodzice też nie byli zaskoczeni i dzięki ich cennym wskazówkom udało mi się przekształcić plan Z w plan A, który w chwili obecnej wydaje mi się jedyną słuszną decyzją.
 
Przyznaję z ręką na sercu, że kiedy rzucałam polonistykę sto razy większą przyjemność sprawiało mi pisanie, rysowanie zawsze było dla mnie jedynie drugoplanowym zajęciem, którego nie nazwałabym nawet hobby, bo styczność z farbami i innymi brudzącymi rzeczami nigdy nie była dla mnie pierwszorzędnym doświadczeniem. Nie sądzę, żeby było to spowodowane brakiem smykałki do sztuk plastycznych, po prostu rysowanie wydawało mi się czymś tak naturalnym, że aż nudnym. Osobiście nie uważam, żeby talent plastyczny był przenoszony w genach i zawsze, gdy słyszę no, no, masz talent po rodzicach, dostaję wewnętrznego ataku niebezpiecznych spazmów. Nie chodzi o talent, ani tym bardziej o ciężką pracę. Ze wstydem przyznaję, że wbrew wszelkim zapewnieniom, że nie mam czasu, bo cały czas pracuję nad teczką, historią sztuki i wszystkim innym były tylko nieśmiałymi próbami zagłuszenia wyrzutów sumienia związanych z tym, że wcale nie daję z siebie wszystkiego. Dzieci plastyków mają łatwiej, to prawda, ale wynika to z tego, że kiedy Ty robiłeś kontrolowany bałagan na odkurzonym dywanie w oczekiwaniu na pachnący obiad podany punktualnie o piętnastej, my przypalaliśmy łydki o nieostrożnie pozostawione przy batikach żelazka, sprawdzaliśmy czym różni się smak akrylu od tempery, do znudzenia pozowaliśmy do szkiców, a wraz z wiekiem zaczęliśmy poświęcać coraz więcej wolnego czasu na chodzenie za swoimi rodzicami i sprzątanie bałaganu, który wszędzie po sobie zostawiają. Tak jest. Czasem muszę wyjmować pędzle z pojemnika na sztućce. My po prostu wiemy, że umiemy w jakimś stopniu rysować, bo tak, ale ten mityczny talent nie objawia się to jako jakiś niebotyczny dar losu. Po prostu tak jest i tyle, stan naturalny. Dlatego jest łatwiej.
 
Ze swojej teczki jestem średnio zadowolona, czuję, że wykorzystałam jakieś 60% procent swoich możliwości i gdybym nie była tak beznadziejnym leniem zrobiłabym dużo więcej. Zrobiłam tak mało, że kilka mniejszych prac to moje rysunki z pierwszej liceum występujące w roli nieszkodliwej zapchajdziury. Zabawny zbieg okoliczności sprawił, że teczka, którą możesz zobaczyć niżej, nie ma nic wspólnego z egzaminem na uczelnię, na której będę studiowała.
 
Pierwszym celem, który chciałam osiągnąć było znalezienie się na liście przyjętych na malarstwo Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach. To znaczy nie. Pierwszym pomysłem było projektowanie graficzne, które jednak spontanicznie odrzuciłam i postanowiłam spróbować z malarstwem. No i się nie dostałam.
 
Po szybkiej analizie błędów, które w końcu zepchnęły Szczęściarę Stellę z piedestału z tabliczką wcale się nie stara, a wszystko jej się udaje i krótkiej fazie płakania nad rozlanym mlekiem znalazłam ostatnią uczelnię, na której trwała jeszcze rekrutacja na studia dzienne. Okazało się, że jest to uczelnia, o której nigdy nie słyszałam, w mieście, w którym nigdy nie byłam. Pojechałam na egzamin, spodobał mi się budynek. Narysowałam, namalowałam i się dostałam. Do dwóch razy sztuka. Od października studiuję w Toruniu i potrwa to na pewno rok, a później będę musiała znowu zweryfikować swoje plany życiowe. A ostatnio naprawdę polubiłam rysować. Pierwszy raz w życiu  się do tego przyznaję. Veni, vidi, vici.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

2 461 komentarzy “Moja pierwsza teczka”